18 sierpnia 2017

Rozmównik i Sprytny słownik - czy polubimy się z takimi materiałami?

Wakacje powoli dobiegają końca, nie dziwcie się więc, że zaczęłam dość intensywnie rozglądać się za nowymi materiałami przydatnymi na zajęciach języka szwedzkiego. Zazwyczaj szukam szwedzkich książek, tym razem wydawnictwo Lingea zaskoczyło mnie wprowadzeniem nowych pozycji: Rozmównika polsko-szwedzkiego i Sprytnego słownika szwedzko-polskiego i polsko-szwedzkiego. O materiałach tego wydawnictwa - gramatyce i rozmówkach - pisałam już kiedyś na blogu. Nie wszystkie rozwiązania zaproponowane w tych książkach mi się spodobały, ale nie da się ukryć, że kieszonkowa gramatyka w pigułce opisana po polsku czy kieszonkowy słownik tematyczny o (bo tak traktuję raczej rozmówki, o czym przeczytacie w poprzedniej recenzji) to pozycje, których brakowało. Rozmównik i sprytny słownik to dla mnie rozwiązania zupełnie nowe, dlatego bardzo chciałam zapoznać się z ich formułą.




Rozmównik, czyli co?


Rozmównik polsko-szwedzki bardzo mi się spodobał, chociaż ja raczej nazwałabym tę książkę "tekstownikiem" albo "pisannikiem" - ciężko mi uwierzyć, żeby ktoś przy jej pomocy nauczył się rozmawiać, skoro w żadnym miejscu nie ma informacji o wymowie.



Autorzy we wstępie tłumaczą, że Rozmównik to połączenie słownika i rozmówek - bo zawiera nie tyle tłumaczenie słów, co całe zdania, zwroty i idiomy zawierające dane hasła, które nie są uporządkowane tematycznie, a alfabetycznie (według polskich haseł). Dlatego właśnie tak trudno mi uwierzyć, żeby ktoś rzeczywiście ratował się rozmównikiem w trakcie konwersacji, ale mam wrażenie, że świetnie sprawdzi się jako pomoc przy pisaniu wypracowań - kiedy trzeba sprawdzić, z jakim czasownikiem łączy się dany rzeczownik albo kiedy chcemy poszukać szwedzkiego odpowiednika jakiegoś polskiego powiedzenia czy zwrotu i uniknąć przy tym językowych kalk i wpadek w rodzaju "thank you from the mountain".


Podobało mi się też to, że autorzy zwracają uwagę na trudniejsze słowa, które uczącym się mogą się często mylić, tak jak przymiotnik "ciężki", który w zależności od kontekstu możemy przetłumaczyć jako tung, svår czy grov. W niektórych wprawdzie dopatruję się jakichś regionalizmów, np. Har du nyckar med dig? tłumaczone jako Masz u siebie klucze?, z lektorskiego doświadczenia chętnie dopisałabym też kilka swoich uwag w przypadku innych haseł, jak chociażby różnica między sämre värre tłumaczonymi jako "gorszy".




Rozmównik przyda się początkującym uczącym się, którzy czują się jeszcze niepewnie jeśli chodzi na przykład o kolokacje - wreszcie będzie można to sprawdzić w książkowym, kieszonkowym wydaniu, na którym można robić notatki ołówkiem, kiedy jeszcze nie ma się śmiałości szukać w korpusach i kiedy Google wypluwa dużo różnych wyników. Na pewno ucieszy też trochę bardziej zaawansowanych uczniów i studentów, którzy mogą go potraktować jako fajną kopalnię ciekawych wyrażeń.


Sprytny słownik - czy na pewno taki sprytny?

Tak jak Rozmównik bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, tak Sprytny słownik okazał się pod wieloma względami rozczarowujący. Sprytność tego słownika miała polegać na tym, że łączy w sobie cechy "dwustronnego" słownika oraz dodatkowo zawiera jeszcze 70 stron rozmówek (w środkowej części), skrócone kompendium zasad gramatyki (na końcu), a do tego dla trudniejszych słówek adnotacje dydaktyczne - czyli wszystko, czego życzyliby sobie uczniowie i studenci (i wszyscy przeżywający swoją przygodę ze szwedzkim) w jednym miejscu, w kieszonkowym formacie. Tak to mniej więcej wygląda w środku:




Jeśli przyjrzycie się układowi haseł w szwedzko-polskiej części, wszystko wydaje się być w porządku. Jest zapis wymowy - tym razem za pomocą uniwersalnych symboli, a nie "spolszczony", jak we wcześniej wydanych rozmówkach, są dodatkowe informacje o tym, jak odmieniać słowa. Dobór haseł czasem zaskakuje. Jeśli korzystacie ze słownika Kubitskyego albo śledzicie fanpage Jacek Kubitsky, pewnie nie raz zaintrygowały Was tłumaczenia, np. snitseljakt - 'polowanie na koniu za tropem zamarkowanym skrawkami papieru' albo dansa långdans genom rummen - 'przelecieć w tanecznym korowodzie przez pokoje'. W Sprytnym słowniku takich smaczków prawdzie nie znalazłam, ale i tak nieźle zdziwiłam się, że w słowniku bądź co bądź kieszonkowym i o charakterze ogólnym znalazły się takie hasła jak 'sowa pójdźka' (pod hasłem 'sowa'), 'słup totemiczny' (pod hasłem 'słup' - tu bardziej na miejscu w związku ze szwedzką kulturą byłby chyba słup majowy...), czy nazwy chorób, np. 'pryszczyca' (no dobra, wiem, że w pierwszym rozdziale podręcznika dla zaczynających naukę Rivstart w zwykłym dialogu w rodzaju "Jak się nazywasz" / "Miło cię poznać" pojawia się słowo 'próchnica', ale to wciąż inny kaliber niż 'pryszczyca') albo roślin, np. 'mieczyk' (dla ciekawych: gladiolus albo sabellilja).

To wszystko mogłoby wyglądać na to, że się czepiam, ale w słowniku znajdziemy hasła 'pryncypium', 'pryszczyca' i 'sowa pójdźka' (nigdy w życiu nie użyłam ich ucząc się szwedzkiego na poziomie podstawowym a nawet średniozaawansowanym, ale dajcie znać, jeśli ktoś z Was miał okazję, to musiała być fascynująca rozmowa), ale za to nie dowiemy się, co to tak naprawdę jest fika, nie ma też hasła lagom (tym istotniejsze, bo to bardzo modne słowo przecież), a to dwa pojęcia ważne dla szwedzkiej kultury, które na pewno pojawią się i podczas nauki, i podczas codziennych sytuacji. Nie ufam też słownikowi, który tłumaczy słowa na korpojęzyk albo sugeruje, że wszystko było tłumaczone za pośrednictwem języka trzeciego - angielskiego - i że takich kwiatków może być więcej (patrz: genomgång jako 'briefing'). Nie zaufam też słownikowi, który jako szwedzkie tłumaczenie podaje słowa w szwedzkim słowniku oznaczone komentarzem "obraźliwe" (patrz: Murzyn - svart person i Murzynka - negress. Czy to dlatego w stopce redakcyjnej nikt nie chciał podpisać się nazwiskiem tylko ukryć się pod pojęciem "zespołu redakcyjnego Lingea"? 


Co jeszcze? Dobrym pomysłem było umieszczenie na końcu gramatycznego kompendium, takie rzeczy zawsze się przydają przy słownikach, kiedy od razu możemy sprawdzić, co z danym słowem można dalej zrobić. Szkoda tylko, że i tam napotkałam te kwestie, które przeszkadzały mi w Gramatyce i Rozmówkach: objaśnienia symboli wymowy, w tyɕ, o którym debatowałam już w poprzednim wpisie i na Facebooku, które tu znów zapisane jest innym symbolem i tym razem opisane już nie jako "sz", ale "głoska podobna do polskiego cz, ale wymawiana bardziej miękko". Chodzi o dźwięk w słowach kjol, tjugo, kärlek, köpa, kilometer, a objaśnienia powinny dotyczyć wymowy standardowej a nie dialektalnej. Znów mam wrażenie, że jeśli książka nie jest typowym słownikiem, a tak chyba chcieli autorzy, dodając część rozmówkową, przydałaby się płyta z nagraniami. W rozmówkach i w tej wersji brakuje rodzajników w części, gdzie wypisane są w słupku - narzekałam na to poprzednio, teraz można się bronić tym, że jest przecież obszerna część słownikowa, w której wszystko można sprawdzić od razu.



Podsumowując: Rozmównik na pewno trafi na moją półkę jako źródło inspiracji i materiał do inspirowania innych. Cieszę się, że zwraca się uwagę na to, jak ważne jest, by uczyć się słów w kontekście, z konkretnymi zwrotami, w całych wyrażeniach, by unikać wpadek dosłownego tłumaczenia. Sprytny słownik bardzo mnie zawiódł. Formuła sama w sobie wydała się atrakcyjna, ale sama książka zamiast słownictwa uczy raczej tego, jak wiele ostrożności potrzeba przy korzystaniu ze słowników...



Na jakie rzeczy Wy zwracacie uwagę przy wyborze materiałów do języka obcego? Jakich materiałów do języka szwedzkiego Wam najbardziej brakuje, czy jest coś, co chcielibyście zobaczyć w polskich księgarniach, w porównaniu z szeroką ofertą materiałów do języków "popularnych", np. angielskiego czy niemieckiego? 

09 sierpnia 2017

Prasówka Szwecjobloga #1

Zaczynamy nowy cykl! Jak wiecie, staram się śledzić, co w internecie piszczy: wpadam na ciekawe artykuły, zaskakujące niusy i ciekawostki. Wiele z tych rzeczy trafia nawet na fanpage na Facebooku! Niestety, życie takich udostępnianych informacji jest dość krótkie, czasem ciężko też w ten sposób wrócić do materiałów, które chciałoby się sobie przypomnieć. Dlatego teraz kilka razy w miesiącu będziemy spotykać się tu na prasówce. 


A co w pierwszej takiej prasówce?
  • program radiowy Sommar i P1 z udziałem Jerzego Sarneckiego (dla znających język szwedzki)
W programie pierwszym Szwedzkiego Radia ogromną popularnością cieszy się program Sommar, który przez całe lato codziennie ma innego gospodarza (sommarpratare), opowiadającego na wybrany przez siebie temat związany z jego/jej życiem i ilustrującego swoją opowieść muzyką. Gospodarzami są osoby sławne: aktorzy, piosenkarze, artyści, dziennikarze, pisarze, sportowcy, naukowcy... 

25 lipca tego roku gospodarzem był Jerzy Sarnecki - pochodzący z Polski znany i ceniony profesor kryminologii. W programie opowiadał o swojej rodzinie, o rodzicach, którzy przeżyli Auschwitz, o emigracji do Szwecji i jak zmieniła jego życie, o zmaganiach z dysleksją, a także statystykach dotyczących przestępczości.

Bardzo ciekawie się go słuchało, bardzo przyjemna dla ucha była też playlista.


  • wywiad z Jerzym Sarneckim (po polsku)
Jeśli nie mogliście posłuchać audycji, przeczytajcie rozmowę z Jerzym Sarneckim. Są tam pytania o przyszłość Szwecji, wyjaśnienia na temat przestępstw popełnianych w tym kraju, porównania polskiej emigracji do Szwecji dawniej i dziś oraz komentarze dotyczące obecnej sytuacji w Polsce.


  • wywiad z Beą Uusmą, autorką książki Ekspedycja
O tym, jakie wrażenie zrobiła na mnie Ekspedycja i jej autorka, pisałam już na blogu. W wywiadzie, którego udzieliła do Wysokich Obcach, Uusma również fascynuje: swoją determinacją, poświęceniem, zainteresowaniem niezwykłymi, nieco zapomnianymi historiami. Zaskakuje sposobem, w jaki tworzyła książkę. Dowiecie się też tego, co dalej dzieje się z jej badaniami, bo stan rzeczy opisany w książce, to jeszcze nie koniec.


  • Polacy chcą drugiej Szwecji?
"Ekonomiści z Akademii Leona Koźmińskiego Katarzyna Piotrowska i Gavin Rae zadali ankietowanym kilkadziesiąt szczegółowych pytań: o rolę państwa w gospodarce, mechanizmy redystrybucji, rolę związków zawodowych czy filozofię podatkową. [...] Z badań Piotrowskiej i Rae wyłania się zatem interesująca myśl. Polacy ciągle jeszcze trochę wstydzą się mówić, że chcieliby żyć w kraju na wskroś opiekuńczym. Ale gdy popytać ich o konkrety, to wychodzi, że marzą ni mniej, ni więcej tylko o Skandynawii nad Wisłą."

  • Czy warto uczyć się języków "niszowych" (takich jak szwedzki)?
Znajomość angielskiego przestała być czymś wyjątkowym. Niemiecki, włoski, francuski, hiszpański czy rosyjski są językami, które często znajdują się w ofercie państwowych szkół i są wciąż bardzo potrzebne na rynku pracy. A co ze szwedzkim, norweskim, fińskim, węgierskim, słowackim, litewskim, łotewskim albo japońskim? Czy warto uczyć się języków "niszowych"? Co można dzięki nim zyskać?

Na to pytanie odpowiadam na blogu Justyny razem z innymi gośćmi.
http://dajslowo.pl/czy-warto-uczyc-sie-rzadkich-jezykow-obcych/


  • Plaga szczurów i nowy sportowy trend?
Ostatnio w wiadomościach straszono informacją o pladze szczurów w południowej Szwecji. Nie podawano wprawdzie liczby szczurzej populacji, ale szwedzkie przedsiębiorstwo deratyzacyjne Anticimex donosi o zwiększonej liczbie zgłoszeń problemów z gryzoniami. Szczurów w miastach podobno prawie zawsze jest więcej niż ludzi (wiosną informowano o ponad dwóch milionach szczurów w samym Wrocławiu). Szwedzcy eksperci twierdzą, że przyczyną problemu jest gwałtowny rozwój budownictwa w regionie: budowlany boom sprawia, że szczury są zmuszone szukać sobie nowych siedlisk i dlatego częściej są dostrzegane "na powierzchni". Ponadto, latem spotyka się więcej szczurów i z tego błahego powodu, że więcej czasu spędza się na dworze, w tym w późnych godzinach wieczornych.
Tak czy siak, warto pamiętać, że dla szczurów idealnym miejscem ucztowania są na przykład śmieci i resztki jedzenia po pikniku na świeżym powietrzu, dlatego tak ważne jest zachowywanie czystości. Sportowiec Erik Ahlström lansuje więc trend nazwany ploggning od joggning (tu bez zaskoczenia, jogging) i plocka (zbierać) - bieganie połączone ze zbieraniem śmieci. Ahlström uważa, że sprzątanie środowiska nie powinno być żadnym tabu, a ta nietypowa aktywność łączy sobie pożyteczne działania i bezpośrednio dla naszego zdrowia, i dla natury. Jeśli nie lubicie biegać, jako ploggning liczy się też zbieranie odpadów podczas spaceru z psem. 

03 sierpnia 2017

"Tak sobie wyobrażałam śmierć" - czy tak sobie wyobrażałam kryminał?

W upalne dni lata chętniej sięgam po kryminały - podświadomie pewnie z nadzieją na historie mrożące krew w żyłach i dosłownie przyprawiające o ciarki. Na te wakacje już wypatrzyłam sobie kilka tytułów, które powinny znaleźć się na półce. Pierwszą, po którą sięgnęłam, było Tak sobie wyobrażałam śmierć Johanny Mo.


Z twórczością Mo spotkałam się w numerze "Obcy po szwedzku" kwartalnika "FA-art" - tam ukazał się fragment jej powieści Więcej życia, niż przywykłam, której bohaterka czuje się tak wyobcowana, że jej duch (czy może raczej alter-ego?) opuszcza ciało, by podejrzeć życie sąsiadów. Początek Tak sobie wyobrażałam śmierć, kryminalny debiut autorki, miałam też okazję czytać w oryginale -zaintrygowała mnie wtedy postać bohaterki i nietypowy modus operandi sprawcy, ucieszyłam się więc, że będę mogła poznać historię do końca już w polskim przekładze.

Helenę Mobacke poznajemy, kiedy wraca do pracy w policji po dłuższej przerwie. Dopiero próbuje pozbierać się po śmierci synka i rozstaniu z ukochanym, który nie potrafił poradzić sobie w nowej sytuacji. Bohaterka od razu musi zmierzyć się z trudnym dochodzeniem, które obudzi w niej wiele wspomnień. W sztokholmskim metrze pojawia się zabójca, który wpycha swoje ofiary prosto pod pędzące pociągi, jako pierwszy ginie młody chłopak. Mobacke musi zmierzyć się z własną traumą, zyskać zaufanie nowych współpracowników i znaleźć odpowiedź na pytania, kto i dlaczego zabija.

Czytanie o przeżyciach Mobacke było dla mnie naprawdę trudne - chwilami dlatego, że Mo całkiem przekonująco potrafi pisać o utracie, paraliżującym niepokoju i żałobie. Chwilami też jendak dlatego, że wewnętrzna szamotanina komisarz odciągała uwagę od śledztwa, dla którego sięgnęłam po powieść kryminalną. Zdecydowanie wśród kryminałów wolę takie, gdzie sprawcy są bardziej wyrafinowani, detektywi bystrzy, gdzie czytelnik jest trzymany w napięciu i może złożyć sobie całą historie jak puzzle. Czytając Tak sobie wyobrażałam śmierć, miałam wrażenie, że policjanci trafiają na trop zabójcy przypadkiem. Tak samo i czytelnik, nawet jeśli cześć rozdziałów śledzi właśnie z jego perspektywy. A jedyną "supermocą" i sprawcy, i pani komisarz, okazuje się rozpacz.

Właściwie, to nie tak sobie wyobrażałam kryminał. Ale najwyraźniej Johanna Mo też nie. Biorąc pod uwagę jej wcześniejszy dorobek, kryminalny debiut może miał właśnie być książką, której nie da się jednoznacznie umieścić ani na półce z kryminałami policyjnymi, ani powieściami psychologicznymi. W każdym razie ja wolę wierzyć w taką wersję. Nie polubiłam się za bardzo z Heleną Mobacke, ale nikt też przecież nie mówił, że do głównych bohaterów trzeba pałać sympatią. Czekam więc na tom drugi (w Szwecji wyszedł w 2014 roku) - tam podobno coraz mniejszą sympatię do bohaterki będzie żywić jeden z policjantów, a śledztwo będzie toczyć się wokół fanatyzmu religijnego. Zapowiada się znów więcej emocji niż cliffhangerów, z czego warto sobie zdawać sprawę, sięgając po książkę.



Johanna Mo, Tak sobie wyobrażałam śmierć (Döden tänkte jag mig så)
Wydawnictwo Editio
2017
tłum. Alicja Rosenau

28 lipca 2017

Szczęście po skandynawsku, czyli hygge, cisza i lagom?

Szukanie skandynawskiego sposobu na szczęście stało się niemal obsesją piszących, wydawców i czytelników. Sama patrzę trochę z przymrużeniem oka na te frenetyczne poszukiwania, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zajrzała do takich książek. Do wpisu przygotowywałam się dość długo, bo wciąż docierały do mnie informacje o kolejnych nowościach (w trakcie pracy nad tekstem przeczytałam zresztą zapowiedzi dwóch kolejnych o zbliżonej tematyce). Zobaczcie więc, co wpadło mi w ręce i jak się czytało!


Hygge odbija się czkawką?

Wiem, że pewnie wielu z Was na sam dźwięk słowa hygge robi się trochę niedobrze, bo chyba się przejadło. Ale akurat Klucz do szczęścia to naprawdę całkiem w porządku książka. Nawet jeśli nie odkrywa Ameryki, jest bardzo przyjemna w odbiorze. Przypadła mi do gustu zdecydowanie bardziej niż większość publikacji, w których treści do czytania jest zdecydowanie mniej niż obrazków do oglądania, bo raczej mają służyć ładnemu prezentowaniu się na ławie albo na Instagramie. Autor ujął mnie tym, że o Duńczykach potrafi pisać nie tyle z cukierkowym zachwytem, ale przemycając też dużo przezabawnych "prztyczków", na przykład dotyczących języka (no cóż, kto nigdy nie żartował z języka duńskiego...). Podobało mi się też, że wprost pada stwierdzenie, że Duńczycy wcale nie maja monopolu na stan, jaki nazywają hygge (wiele innych hyggowych publikacji sugeruje, że jednak tak jest). Z zainteresowaniem śledziłam różnego rodzaju statystyki, nawet jeśli wartość niektórych też dobrze byłoby potraktować z przymrużeniem oka. Przepisy kulinarne to może niekoniecznie to, co mnie interesuje najbardziej (szczególnie opatrzone dziwnym fonetycznym zapisem nazw potraw), ale różnego rodzaju listy w rodzaju "jak "zrobić sobie hygge" z rozpiską na cały rok, to akurat fajny, sympatyczny pomysł.

Usłyszałam kiedyś, że to wręcz skandaliczne, że w czasie, kiedy na świecie dzieje się tyle niedobrych rzeczy i zachodzi tyle poważnych zmian, my zachwycamy się akurat hygge. Moim zdaniem to właśnie dlatego się tym zachwycamy. I może właśnie dlatego wręcz powinniśmy nauczyć się doceniać drobne przyjemności.


Meik Wiking, Hygge. Klucz do szczęścia (The little book of hygge)
Wydawnictwo Czarna Owca
2016
tłum. Elżbieta Frątczak-Nowotny


Po cichu

Cisza Erlinga Kagge to książka potrzebna czytelnikom prawdopodobnie z tych samych powodów, co mnożące się w nieskończoność publikacje o hygge. Wobec Ciszy miałam wysokie oczekiwania. Polski przekład otrzymał wsparcie z programu dotowania tłumaczeń literatury norweskiej NORLA, co świadczyło o wartości książki. Zaskoczyło mnie, ile miejsca promocja książki zajęła akurat w internecie, który jest przedstawiany jako zaprzeczenie ciszy właśnie. Zaciekawiła też postać autora: Erling Kagge określony został "myślicielem na miarę XXI wieku", to podróżnik, który jako pierwszy człowiek na świecie doszedł samotnie na biegun południowy, zdobył oba bieguny i  Mount Everest. Jakby tego było mało, jest też prawnikiem, przedsiębiorcą i kolekcjonerem sztuki. I założył w Norwegii własne wydawnictwo. Kiedy czytałam książkę, miałam niestety wrażenie, że Kagge próbuje się lansować na celebrytę. I dlatego książkę wydał sobie sam. Nie do końca kupuję pomysł, by jako punkty odniesienia traktować i cytaty z Pascala, Heideggera, Kanta czy Wittgensteina, japońskie haiku i jednocześnie... teksty piosenek Depeche Mode i Rihanny. Trochę się w tym wszystkim pogubiłam, choć książeczka, zamknięta w naprawdę pięknej okładce, zawiera tak naprawdę niezbyt skomplikowane pytania o ciszę i jej miejsce w życiu. 



Erling Kagge, Cisza. Opowieść o tym, dlaczego straciliśmy umiejętność przebywania w ciszy i jak ją odzyskać (Stillhet i støyens tid. Gleden ved å stenge verden ute)
Wydawnictwo Muza
2017
tłum. Iwona Zimnicka




Lagom? Serio?

Na początek trzy ciekawostki. Po pierwsze: czy wiecie, jak dosłownie brzmi tytuł tej książki w oryginale? 10 porad - poczuj się lepiej i przeżyj 10 lat dłużej. Po drugie: w Szwecji książka nie była lansowana poprzez lagom. To słowo, owszem, pojawia się gdzieś we wstępie, ale to tyle. Po trzecie: na szwedzkiej okładce nie podkreśla się, że autor jest lekarzem. Na naszym rynku mamy za to cudownie odkryty "skandynawski sekret", złotą (naprawdę na złoto na okładce) szwedzką zasadę umiaru i nazwisko poprzedzone literkami "dr" -  to wszystko ma skłonić czytelnika do sięgnięcia po książkę, bo będzie modna (bo boom na Skandynawię) i napisana przez eksperta. Skandynawski sekret okazuje się wydawniczą wydmuszką. Porady doktora Marklunda przypominają mi o wszystkim, o czym uczyłam się na lekcjach przyrody w szkole: że ważne są ruch, sen, unikanie stresu, odżywianie (tu idealnie pasowałby mem w rodzaju "thank you, Captain Obvious"). Jedne, co w tej książce mnie urzekło, to fragmenty poświęcone kawie, przekonujące, że jej picie wcale nie jest takie złe, jak chcieliby niektórzy - czegóż innego można spodziewać się od Szweda? 


dr Bertil Marklund, Skandynawski sekret. 10 prostych rad, jak żyć szczęśliwie i zdrowo (10 Tips – Må bättre och lev 10 år längre)
Wydawnictwo Marginesy
2017
tłum. Agata Teperek



Jak żyć?

Poradnik Matsa i Susan Billmarków reklamowany był hasłem "Poznaj skandynawski sposób na szczęście i naucz się żyć na nowo". Byłam ciekawa, ile będzie w nim typowego poradnika psychologicznego i myśli w rodzaju "Jesteś zwycięzcą", a ile lansowania skandynawskiego szczęścia przy świecach, pod kocem i z dobrym jedzeniem. Tym razem dostajemy zdecydowanie to pierwsze, więcej konkretów, metod, zadań zamiast samych pięknych cytatów (choć te cytaty też są, nawet na osobnych, kolorowych stronach). Swoją drogą, taki charakter też może zniechęcić czy nawet odstraszyć - mnie autorzy z początku skojarzyli się z nawiedzonymi coachami, którzy zbierają ludzi na spotkania, gdzie każą chórem powtarzać swoje motto, a potem tłumaczą, jak żyć. Nie do końca też czułam się docelowym odbiorcą poradnika, bo całkiem duża jego część poświęcona była tematom wychowania dzieci i nastolatków. Czy obraz szczęśliwych Skandynawów rzeczywiście pasuje do treści tego poradnika? Jak najbardziej - wysoki poziom stresu, tak zwane "niezdrowie" psychiczne i wypalenie zawodowe to poważne problemy, na które w Szwecji słusznie zwraca się uwagę już od pewnego czasu. Wprawdzie po lekturze nie do końca potrafię odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, na czym polega "metoda Billmarków", ale znalazłam w tej książce kilka mądrych spostrzeżeń, które powinnam wziąć głęboko do serca, by zmienić organizację swojego czasu.


Mats i Susan Billmark, Naucz się żyć (Lär dig leva. Mindre stress)
Wydawnictwo Otwarte
2017
tłum. Małgorzata Kłos


Hygge po polsku?





Kiedy Facebook wyświetlił mi reklamę Jakoś to będzie, przecierałam oczy ze zdumienia. Najpierw załamałam ręce -  no bo niby fajnie, że ktoś pomyślał, że "Polacy nie gęsi" i swoje hygge mają, ale z drugiej strony wyszło na to, że jednak musimy gęgać tak, jak nakazują trendy rynku wydawniczego. Jeśli wszyscy szukają szczęścia zawartego w jednym haśle, to my też... Potem stwierdziłam, że książce trzeba dać szansę. Znając polskie poczucie humoru i szyderę (o której - jak się potem przekonałam - piszą nawet w tej książce), liczyłam na poradnik napisany z przymrużeniem oka, bardzo ironicznie.

Co z tego wyszło? Książka, o której tak naprawdę nie wiem, co sądzić. Czytało się całkiem w porządku, nawet parę razy się zaśmiałam pod nosem, parę razy przeczytałam na głos fragmenty Mężowi, parę miejsc zaznaczyłam sobie samoprzylepną zakładką. Znalazłam interesujące statystyki, pochłonęłam ciekawostki językowe, ucieszyłam się, ile fajnych postaci zabrało głos na różne tematy, związane z ich działalnością: Wojciech Mann, Michał Rusinek, Aleksander Doba, Magdalena Grzebałkowska, Jerzy Owsiak, Rafał Madajczak z ASZdziennika... Zachłysnęłam się tym, że autorzy podkreślają, że multi-kulti polskiej historii nieobce: warto o tym pamiętać! Jakoś to będzie pod wieloma względami też mnie jednak irytowało. Po pierwsze: samo hasło w tytule. Skojarzyło mi się z piłkarskim "Nic się nie stało!" i trochę ukłuło w serce, że naszą filozofię szczęścia mamy odkrywać dzięki porażkom (no bo "Jakoś to będzie" pada przecież w sytuacji, kiedy chcemy odbić się od dna, a nie celebrować przytulność i równowagę, jak w przypadku hygge i lagom). Po drugie: format i layout jakoś za bardzo przywodził mi na myśl książkę Meika Wikinga. Po trzecie: wątpliwości budziło we mnie romantyczne idealizowanie i wychwalanie tego, co raczej uważane jest za obciachowe: pastelozy, budowlanych chałtur, niepohamowania w narzekaniu. I wreszcie czwarta sprawa: zagraniczne hygge-książki pisane są wprawdzie przez Skandynawów, ale w większości przypadków po angielsku, z założeniem, że mają promować skandynawski styl życia za granicą. "Szczęście po polsku" opisano... po polsku, dla Polaków. Czyżbyśmy najpierw sami musieli się przekonywać, że jesteśmy fajni i szczęśliwi, zanim zaczniemy się tym chwalić przed resztą świata?

Beata Chomątowska, Dorota Gruszka, Daniel Lis, Urszula Pieczek, Jakoś to będzie. Szczęście po polsku
Wydawnictwo Znak
2017


Czy znaleźlibyście w tych tytułach coś dla siebie?

25 lipca 2017

Szwedzkie piosenki biesiadne

Znów spotykamy się dwudziestego piątego dnia miesiąca, by wyruszyć w podróż "W 80 blogów dookoła świata". W tej odsłonie - już czterdziestej - naszym tematem przewodnim będzie alkohol. Oczywiście, nie będziemy namawiać Was do zaglądania do kieliszka z trunkami z różnych stron świata, ale przedstawimy Wam za to różne kulturowe i językowe ciekawostki.



Wielu osobom temat alkoholu w Szwecji kojarzyć się może przede wszystkim z wysokimi cenami i sklepami monopolowymi. O historii szwedzkiej polityki alkoholowej możecie przeczytać w mojej książce "I cóż, że o Szwecji",  dziś natomiast chciałam przedstawić Wam temat nieco luźniejszy, zabawniejszy i rozśpiewany, o którym w książce tylko wspomniałam:

"Rozmaitość biesiadnych piosenek, tak zwanych snapsvisor, oraz gorliwość, z jaką ucztujące towarzystwo dołącza do zaśpiewu, potrafi wprawić w osłupienie obcokrajowców trafiających na zakrapiane szwedzkie imprezy. Mówi się, że zwyczaj odśpiewywania snapsvisor, często o zabawnym tekście i na jakąś znaną, popularną melodię, wywodzi się właśnie z czasów zaostrzenia alkoholowych regulacji, że jednoczenie się w pieśni i toastach miało uświetnić delektowanie się reglamentowanym towarem. Zwyczaj przetrwał do dziś, cały czas pisane są też nowe przyśpiewki, a twórców motywuje sztokholmskie Muzeum Alkoholi (Spritmuseum), organizując mistrzostwa w tej dyscyplinie (od 1995 mistrzostwa Szwecji, od 2012 roku mistrzostwa świata, w których biorą też udział Finowie)".
Najpopularniejszą z takich piosenek biesiadnych jest Helan går. Jeśli nawet nie mieliście okazji usłyszeć jej na szwedzkiej imprezie, to możecie ją kojarzyć z filmów czy talk show, w których gościli aktorzy związani ze Szwecją.



O czym jest tekst? Mnie kojarzy się z naszym "a kto z nami nie wypije, niech się pod stół skryje". Poza tym, tekst ujawnia też interesującą kulturowo-językową ciekawostkę: po szwedzku kolejne kieliszki (kolejne kolejki) mają swoje osobne nazwy. Tradycja sięga dziewiętnastego wieku, a nazwy nadano podobno aż po siedemnaście kolejek!

Helan går, sjung hopp faderallan lallan lej, 
helan går, sjung hopp faderallan lej. 
Och den som inte helan tar, han heller inte halvan får, 
Helan gåååååååår, [...] sjung hopp faderallan lej.

Ja przetłumaczyłabym to tak (z przymrużeniem oka):

Leci Pierwszy Kielonek, sialalalala
leci Pierwszy Kielonek, sialalalaa.
Ten, kto nie wypije Pierwszego Kielonka, nie dostanie Drugiej Lufki,
Leci Pierwszyyyyyyyyy [...] sialalalalalala!



O snapsvisor nakręcono też odcinek na kanale Say It In Swedish. Zobaczycie tu, że kieliszki mają też swoje inne "pieszczotliwe nazwy", np. pärlan, perła czy jak tutaj: geting, osa. Stąd w jednej przyśpiewce pojawia się gra słów, którą trudno oddać po polsku.




Vi äro små humlor vi, bzz, bzz.
Vi äro små humlor vi, bzz, bzz.
Vi äro små humlor som tar oss en geting.

Vi äro små humlor vi, bzz, bzz.



Jesteśmy małymi bąkami, bzz, bzz.

Jesteśmy małymi bąkami, bzz, bzz.

Jesteśmy małymi bąkami i zabieramy się za osę.
Jesteśmy małymi bąkami, bzz bzz.



Tänk om jag hade lilla nubben uppå ett snöre i halsen. 
Tänk om jag hade lilla nubben uppå ett snöre i halsen. 
Man kunde dra den upp och ner, så att den kändes som många fler. 
Tänk om jag hade lilla nubben uppå ett snöre i halsen.

A gdybym miał kieliszek na sznurku na szyi.
A gdybym miał kieliszek na sznurku na szyi.
Można byłoby za niego ciągnąć, żeby wydawało się, że jest tego więcej.
A gdybym miał kieliszek na sznurku na szyi.



Wiele piosenek śpiewanych jest też na znane ludowe melodie, tak jak tutaj, na melodię Horgalåten:




Få’nt jag inge öl och inge brännvin ä’ de’ sörjeligt,
då ä’ de’ sörjeligt, då ä’ de’ sörjeligt.
Få’nt jag inge öl och inge brännvin ä’ de’ sörjeligt,
då kan en lägg me’ ner och tvärdö!


:/ Men får jag öl och får ja brännvin,
ja då kan jag dansa natten lång. /:


Få’nt jag inge öl och inge brännvin ä’ de’ sörjeligt,
då ä’ de’ sörjeligt, då ä’ de’ sörjeligt.

Få’nt jag inge öl och inge brännvin ä’ de’ sörjeligt,

då kan en lägg me’ ner och tvärdö!


W dużym skrócie biesiadnicy śpiewają, że jeśli nie dostaną piwa ani wódki, to będzie przykro i będą mogli położyć się umrzeć. A jeśli dostaną piwo i wódkę, przetańczą całą noc.

Wisienką na torcie niech będzie dla Was ta przyśpiewka. Jest w dialekcie z Dalarna, stąd nie przygotowałam dla Was tłumaczenia, ale mam nadzieję, że wystarczy Wam obecność gwiazd takich jak Benny Andersson, Helen Sjöholm, Tommy Körberg, Kalle Moraeus i Veronica Maggio oraz ich wspaniałe głosy!





Przeczytajcie jeszcze pozostałe wpisy w tej edycji akcji:

Chiny:

Finlandia:


Francja:


Gruzja:


Hiszpania:


Irlandia:

Japonia:

Kirgistan:

Niemcy:

Rosja:

Szwecja:

Turcja:

Wielka Brytania:


Włochy:

Wielojęzyczne:

10 lipca 2017

Festiwal Filmów Skandynawskich w Darłowie





Lubicie morze? Lubicie lato? Lubicie filmy skandynawskie? Lubicie oglądać je za darmo? Jeśli odpowiedzieliście twierdząco na te pytania, to znaczy, że Festiwal Filmów Skandynawskich w Darłowie jest dla Was! Tegoroczna, siedemnasta już, edycja festiwalu odbędzie się w dniach 17-23 lipca, a na seanse widzów zaprasza darłowskie kino Bajka. Szwecjoblog po raz kolejny wspiera gorąco ten projekt jako patron medialny - bardzo cieszę się, że filmy z Północy na stałe wpisały się w kulturalny nadmorski kalendarz. Niestety, sama nie dotrę w tym czasie do Darłowa, przygotowałam za to dla Was krótki wybór tych punktów programu, na które sama na pewno bym się wybrała (może Wy opiszecie mi Wasze wrażenia po seansach?) albo na które na pewno chciałabym Was zaprosić.

Zacznijmy, jak na Szwecjoblog przystało, od szwedzkich propozycji.



Dla dorosłych
Stado (Flocken), reż. Beata Gårdeler, 2015


Stado bardzo chciałam zobaczyć, odkąd dowiedziałam się, że zdobył aż trzy Złote Żuki 2016: za najlepszą żeńską rolę drugoplanową, najlepszą muzykę i najlepsze zdjęcia. Klimat zwiastuna skojarzył mi się z Intruzem Magnusa von Horna, wydaje mi się, że w obu filmach mogą być przedstawione podobne napięcia: młodzi ludzie kontra lokalna społeczność. I pewne dramatyczne wydarzenia w tle.


Szwedzka teoria miłości (The Swedish Theory of Love), reż. Erik Gandini,  2015


Szwedzka teoria miłości pojawiła się na ekranach polskich kin już jakiś czas temu i wciąż na nie wraca, wywołując wiele emocji i wiele pytań. Na blogu pisałam Wam już o moich wrażeniach po obejrzeniu tego filmu Erika Gandiniego. Jeśli będziecie mieć okazję, zobaczcie też film Chirurg buntownik o jednym z bohaterów Szwedzkiej teorii miłości, o nim też mogliście już u mnie przeczytać


Mężczyzna imieniem Ove (En man som heter Ove) reż. Hannes Holm, 2017 


Wprawdzie zdecydowanie bardziej wolę książkę Fredrika Backmana niż film, który powstał na jej podstawie (przeczytajcie, jakie wrażenie na mnie zrobiła), ale ekranizacja jest naprawdę dobra, a Rolf Lassgård  i Filip Berg świetnie wypadają w roli Ovego, starszego i młodego. Obejrzycie koniecznie.

Dla dzieci


To urocze, że w festiwalowym programie codziennie znajdują się seanse dla dzieci. Wśród szwedzkich propozycji znajdziecie klasyki na podstawie historii stworzonych przez Astrid Lindgren. Dorośli, pamiętacie te filmy?
Nils Paluszek (Nils Karlsson Pyssling) / reż. Staffan Götestam, 1990 


Nowe przygody dzieci z Bullerbyn (Mer om oss barn i Bullerbyn), reż. Lasse Hallström, 1986

źródło

I cóż, że nie ze Szwecji...
W programie znalazłam kilka tytułów spoza Szwecji, które od pewnego czasu znajdują się na mojej liście do obejrzenia.

Małżeńskie porachunki (Dræberne fra Nibe) reż. Ole Bornedal, 2017

Z duńskich propozycji w programie najbardziej zainteresował mnie film z Marcinem Dorocińskim w roli rosyjskiego płatnego mordercy, który ma pozbyć się żon dwóch znużonych związkami panów. Komedia kryminalna, czarny humor, czyli to, w czym Duńczycy wydają się nieźli!



Fala (Bølgen), reż. Roar Uthaug, 2015

Nie przepadam za filmami katastroficznymi, ale norweska Fala zaintrygowała mnie tym, że to pierwszy skandynawski film katastroficzny. No i do tego zdobył wiele wyróżnień, a nawet był norweskim typem do Oscara! Chyba jednak powinnam się przemóc i dać temu tytułowi szansę!


Fúsi, reż. Dagur Kári, 2015


Na filmwebowym forum ktoś nazwał islandzki film Fúsi "skandynawską Amelią". Podobno jest baśniowo, artystycznie. Tyle mi chyba wystarcza, by chcieć to zobaczyć!
Pełny program  z datami i godzinami poszczególnych seansów i więcej informacji znajdziecie na stronie festiwalu
Które filmy znalazły się na Waszej liście "do obejrzenia"? A może już je znacie?

25 czerwca 2017

Semester semestrowi nierówny, czyli szwedzkie wakacyjne słownictwo

Pierwszy dzień lata za nami, zakończenie roku w szkołach też. A więc już oficjalnie mamy wakacje. To idealny moment, by wyruszyć w podróż "W 80 blogów dookoła świata" w poszukiwaniu wakacyjnego słownictwa. Ciekawostki jak zawsze przygotowują blogerzy piszący o językach i kulturze i to na ich blogach dziś o tej samej godzinie pojawią się specjalne teksty.




Szwedzkie słowo oznaczające wakacje, urlop, to SEMESTER - to też chyba jeden z pierwszych poznanych przeze mnie tak zwanych "fałszywych przyjaciół" w językach szwedzkim i polskim. Jak to możliwe, że to, co dla nas oznacza czas pracy, dla Szwedów jest określeniem na czas wolny? Etymologicznie semester odnosi się do okresu sześciu miesięcy, połowy roku (od łacińskiego semestris) i takie właśnie znaczenie ma w większości języków. W Szwecji w XVIII wieku zaczęto używać francuskiego określenia congé de semestre, oznaczającego półroczny "urlop" dla żołnierzy, w odniesieniu do wojskowych przepustek w ogóle (nie tylko sześciomiesięcznych), a później i w odniesieniu do urlopów przedstawicieli innych zawodów.

Semester to przeciwieństwo naszego semestru, ale i szwedzki semester semestrowi nierówny. W języku szwedzkim można znaleźć (i skonstruować) wiele ciekawych określeń na różnego rodzaju wakacje, w zależności od tego jak, gdzie i z kim się je spędza.

Na "liście nowych słów" Rady Języka Szwedzkiego, którą śledzę z upodobaniem i niegasnącą fascynacją (o czym więcej możecie przeczytać na przykład TUTAJ) w 2009 roku znalazły się trzy nowe słowa związane z wakacjami właśnie. Językowe nowości często odzwierciedlają światowe trendy, podobnie jest i w tym przypadku. Kryzys ekonomiczny, który zostawił swój ślad w szwedzkich portfelach, sprawił, że wielu Szwedów zrezygnowało z zagranicznych wojaży i zamiast tego spędzało wakacje w swoim kraju. Poza tym, takie rozwiązanie jest też bardziej ekologiczne, przez co nieźle wpisywało sie w szwedzkie myślenie. Stąd właśnie popularność określenia SVEMESTER - powstałego od Sverige (Szwecja) i semester. Szwedzi częściej decydowali się też zrezygnować z wyjazdów w ogóle i zostać w domu (najchętniej w letnim domku poza miastem), a więc spędzić HEMESTER - ett hem oznacza dom. Na listę trafiło też słowo FRIMESTER, z członem fri - wolny. Frimester to wakacje, kiedy jest się wolnym od pracy w stu procentach, z wyłączonym telefonem i bez dostępu do służbowej skrzynki mailowej. Takie "skrzyżowania wyrazów" w szwedzkiej terminologii nazywa się "teleskopowymi słowami", teleskopord, bo składają się trochę jak teleskopowe rurki, wchodzące jedna w drugą.



W szwedczyźnie fascynują mnie też złożenia, sammansättningar: długie i często bardzo precyzyjne słowa - o tym, dlaczego mnie tak ciekawią, pisałam kilka lat temu na blogu. Istnieje garść złożeń, dzięki którym możemy doprecyzować, jak spędzamy wakacje. Na przykład w zależności od tego, jakim środkiem lokomocji poruszamy się podczas podróży. Jeśli jeździmy samochodem, spędzamy BILSEMESTER - po wpisaniu tego hasła w Google od razu trafimy na wiele porad, jak podróżować samochodem po Europie, jakie przepisy obowiązują w różnych państwach i gdzie znaleźć drogi z zachwycającymi widokami. Jeśli udało nam się znaleźć atrakcyjną promocję na podróże koleją, czeka nas TÅGSEMESTER. Wielu Szwedów wybiera też wakacje na łodzi, BÅTSEMESTER - takich widywałam często zwiedzając zachodnie wybrzeże. 



Można znaleźć też określenia opisujące to, co się robi podczas urlopu, tak jak aktywne SPORTSEMESTER, oraz te odnoszące się do miejsca, gdzie się wypoczywa, na przykład uwielbiane przez Szwedów SKÄRGÅRDSSEMESTER, wakacje na szkierach. Natknęłam się też na słownictwo, opisujące to, z kim spędzamy urlop. Z całą rodziną: FAMILJESEMESTER, z dziećmi: BARNSEMESTER, czy po prostu w samotności: ENSAMSEMESTER.



Ciekawe statystyki na temat szwedzkiego podejścia do lata i wakacji prezentowałam Wam w czerwcowej akcji "W 80 blogów dookoła świata" sprzed dwóch lat - wpis możecie przeczytać TUTAJ.

Które słowo najlepiej opisuje Wasze tegoroczne wakacyjne plany?


Źródła:


Przeczytajcie koniecznie o słówkach i wyrażeniach z innych języków:


angielski:
chiński:

fiński:

francuski:

gruziński:
hiszpański:

japoński:

niemiecki:

rosyjski:

turecki:

włoski
Studia, parla, ama - 10 wakacyjnych słówek
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...